AktualnościGospodarka

Słodko-gorzka prognoza Komisji Europejskiej dla Polski

autor: dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP
członek władz Towarzystwa Ekonomistów Polskich
pracownik naukowy IRG SGH

W prognozie jest dobry wynik PKB, co nie umknęło rządowym marketingowcom. Ale na prognozę KE trzeba spojrzeć szerzej, bo jest ona kompleksowa i dotyczy wielu obszarów gospodarki, którymi rząd nie chce się chwalić. To wygląda trochę na „patchworkową” ekonomię.

Z prognoz poszczególnych instytucji wybieramy to, co pasuje nam do narracji.

A z prognozy KE wynika też, że:
– inflacja będzie najwyższa w UE,
– procentowy spadek zatrudnienia będzie jednym z najgłębszych w UE (3 miejsce),
– KE zakłada bardzo duży spadek liczby aktywnych zawodowo w Polsce (odpowiadamy za 80 proc. spadku w całej UE),
– z deficytem strukturalnym finansów publicznych plasujemy się w UE na drugim niechlubnym miejscu – co ważne, nie jest tylko efekt działań anty-COVID (według KE stanowią one 60 proc. deficytu),
– wiele krajów, w tym Polska, pozostanie z wysokim deficytem strukturalnym w 2022 r. (w Polsce będzie to ok. 3 proc., podczas gdy cel to 1 proc.; w kolejnych latach musimy przedstawić plan konsolidacji na kwotę 45 mld zł.).

Komisja Europejska dwa razy w roku przygotowuje kompleksową prognozę dla całej UE i poszczególnych krajów. KE opublikowała właśnie jesienną edycję swoich prognoz. Prognoza bazuje jednak na informacjach dostępnych do 22 października, a więc nie uwzględnia aktualnych informacji o dynamicznie rosnącej liczbie zakażeń w wielu krajach, jak i wprowadzonych wielu ostrych obostrzeń, w tym częściowego „lockdownu” w Polsce.

Ryzyka są nadal ujemne, a ostateczny wpływ zależy od dynamiki epidemii i skali wprowadzanych obostrzeń. Niemieckie instytuty badawcze ostatnio szacowały, że wpływ drugiej fali na gospodarkę niemiecką to ponad 1 pkt proc. OECD w czerwcu przewidywało, że średnio w krajach UE drugie uderzenie pandemii może spowodować pogłębienie recesji o 2 pkt. proc. Rozpiętość skutku drugiej fali pandemii wahała się od 1 do nawet 3,7 pkt. proc. w poszczególnych gospodarkach. Skala niepewności dla świeżej prognozy KE jest ogromna. Niestety prognozy nie nadążają za rzeczywistością.

Lepszy PKB w 2020, ale gorszy w 2021, czyli niby bez zmian, ale jeszcze bez efektu drugiej fali…

KE prognozuje dla Polski płytszą recesję niż w swojej poprzedniej prognozie. Teraz zakłada spadek PKB o 3,6 proc. r/r, w 2020 r. wobec minus 4,3 proc. r/r wcześniej. Równocześnie KE bardziej obniżyła wzrost PKB w 2021 r. do 3,3 proc. r./r. (z 4,1 proc). W efekcie po dwóch latach kryzysu polski PKB będzie dalej niższy niż przed kryzysem o 0,3-0,4 proc., czyli prawie tyle samo co w poprzedniej prognozie. W ujęciu dwuletnim nic zatem nie zmienia się w prognozie komisyjnej. A przecież ta prognoza nie uwzględnia ostatnich decyzji o radykalnym zaostrzeniu obostrzeń dla gospodarki. Pewne jest też, że efekty zamykania gospodarki rozłożą się na początek przyszłego roku. NBP w swojej aktualnej prognozie zakłada jeszcze niższy wzrost w 2021 r. (2,7 proc.). Powód? W swojej prognozie uwzględnił więcej informacji o obecnym stanie wprowadzanych obostrzeń.

kliknij, aby powiększyć

Na koniec 2021 roku polska gospodarka według prognozy KE będzie w czołówce 4 krajów, którym udało się odrobić najwięcej po pandemicznym spadku. To dobra informacja. Jednak trzeba jasno powiedzieć, że rok 2021 r. to też okres kryzysu. Notowane w 2021 r. wzrosty PKB to odbicie od dna, ale na powierzchnię wody wypłyniemy dopiero w 2022 r. Trzeba też mieć na uwadze, że gospodarki „goniące” zachód mają silniejszy trend wzrostowy niż gospodarki zachodnie. Polska wpada w recesję ze znacznie wyższego poziomu wzrostu niż strefa euro. Z tej perspektywy, a więc w ujęciu cyklu „wzrostowego” pogorszenie koniunktury w Polsce jest dużo głębsze niż pokazuje to „czysty” wskaźnik PKB.

Rynek pracy mocno w dół – to jeden z głębszych spadków w UE
Mimo prognozowanej płytkiej recesji, według ekspertów KE w latach 2020-2021 pracę w Polsce straci prawie 600 tys. osób. Oznacza to spadek na poziomie 3,4 proc.. Co ważne, jest to jeden z najgłębszych spadków zatrudnienia w całej UE. Głębszy spadek zatrudnienia zanotuje według prognoz KE tylko Hiszpania (-4,9 proc.) i Irlandia (-4,0 proc.). W całej UE zatrudnienie zmniejszy się o ok. 2 proc. Jednocześnie trzeba mieć na uwadze, że z uwagi na kryzys demograficzny w Polsce i brak rozwiązań w polityce gospodarczej w tym zakresie (a wręcz działanie na opak poprzez skrócenie wieku emerytalnego) zatrudnienie w tych latach nawet przed kryzysem miało zanotować spadek o ok. -0,1 proc. Tak źle i tak niedobrze. Mimo programów pomocowych nakierowanych na bezwzględne utrzymanie zatrudnienia, według prognoz KE w średniej perspektywie firmy i tak będą zmuszone do zwolnień. Rodzi się pytanie, czy taka „zombifikacja” zatrudnienia za pomocą sztywnych instrumentów pomocowych nie utrudniła dostosowania się gospodarki i nie opóźniła tylko tego całego procesu.

Liczba bezrobotnych w Polsce według prognozy KE wzrośnie w latach 2020-2021 o ponad 330 tysięcy osób, czyli o prawie 60 proc. Stopa bezrobocia wzrośnie z 3,3 do 5,3 proc. (o 2 pp.). To relatywnie duży przyrost w UE (8 miejsce). Jednak sam poziom stopy bezrobocia będzie jednym z najniższych w UE w 2021 r. Znajdziemy się w grupie 7 krajów z najniższą stopą bezrobocia. To z jednej strony cieszy, ale z drugiej – jest wynikiem kryzysu demograficznego. Niska stopa bezrobocia w Polsce jest wypadkową malejącej podaży pracy. Po prostu brakuje rąk do pracy. Wskaźnik aktywności zawodowej w Polsce według prognozy KE na 2021 r. będzie najniższy w całej UE. W porównaniu z krajami z najlepszymi wynikami będzie niższy nawet o ponad 10 pkt. proc. Bieżące dane BAEL za II kw. pokazują, że wskaźnik aktywności spadł do najniższego poziomu od 10 lat. To jest luka dużo poważniejsza niż luka VAT. Co roku generuje niewykorzystanie potencjału gospodarczego na dziesiątki, o ile nie na setki miliardów złotych. Rząd niby walczy z luką VAT, luką CIT, a z drugiej strony realizuje politykę gospodarczą, która prowadzi do marnotrawstwa zasobów siły roboczej. Domknięcie „luki aktywności zawodowej” mogłoby przynieść wielokrotnie więcej dochodów dla budżetu niż domykanie luki VAT czy CIT.

kliknij, aby powiększyć

Dobitnym dowodem dramatycznej sytuacji polskiego rynku pracy jest prognoza Komisji Europejskiej w zakresie liczby aktywnych zawodowo osób (tzw. podaż pracy). Ale tym nikt się nie chwali. Według tej prognozy podaż pracy w Polsce w latach 2020-2021 zmniejszy się o prawie 233 tys. osób. Tymczasem w całej UE podaż pracy spadnie o 295 tys. osób. A zatem spadek w Polsce to 80 proc. całkowitego pogorszenia w UE, mimo że ludność Polski to jedynie ok. 8 proc. populacji Unii Europejskiej. Obok Polski duży spadek zanotują też Węgry, Grecja i Hiszpania.

kliknij, aby powiększyć

Inflacja w Polsce najwyższa w UE, w tym zakresie będziemy też liderem w 2022 r.
Jak wynika z prognozy KE, mimo recesji inflacja w Polsce będzie najwyższa w UE. Według definicji europejskiej (HICP) wyniesie 3,6 proc., podczas gdy w strefie euro średnio tylko 0,3 proc.. W aż 8 krajach ceny spadną. Niestety inflacja w Polsce to nie jest problem tylko tego roku. Wprawdzie w 2021 r. inflacja spowolni do 2 proc., ale będzie to czwarty najwyższy wynik w UE. Na tym jednak nie koniec. W 2022 r. inflacja przyspieszy do 3,1 proc. i znowu będzie najwyższa w UE. W ciągu trzech lat horyzontu prognozy ceny w Polsce wzrosną o 9 proc., a na Węgrzech 10 proc. W strefie euro w tym okresie trzech lat ceny wzrosną o 2,7 proc.

kliknij, aby powiększyć

Niektórzy komentatorzy mówią, że to dobrze, bo inflacja pomaga budżetowi i dzięki niej „wyrastamy” z długu publicznego. Jednak problem polega na tym, że w Polsce stopy procentowe są na niemal zerowym poziomie, podobnie jak w Unii Europejskiej, tyle że w UE inflacja też jest bardzo niska. W Polsce inflacja przez cały kryzys utrzymuje się na relatywnie wysokim poziomie. A to oznacza, że inflacja “zjada” nasze oszczędności na depozytach. Stopy mamy “europejskie”, ale inflację “polską”. To nie jest dobra mieszanka dla oszczędzających. Wyrastanie z długu jest bowiem okupione ukrytym podatkiem w postaci inflacji.

Deficyt finansów publicznych 9 proc. (9 najwyższy w UE), jednak deficyt strukturalny, drugi najwyższy w UE, dług w 2021 r. 57 proc., poniżej średniej UE, ale koszty obsługi jedne z najwyższych w UE.

Według prognozy KE deficyt całego sektora finansów publicznych w 2020 r. wyniesie ponad 200 mld zł (ok. 9 proc. PKB), a w 2021 r. ponad 75 mld zł (4,2 proc. PKB). Łącznie w latach 2020-2021 będzie to ok. 280 mld zł. To mniej niż prognoza rządowa.

kliknij, aby powiększyć

Oczywiście pogorszenie nierównowagi w finansach publicznych nastąpiło we wszystkich krajach UE. Według prognoz KE deficyt w Polsce należy do jednego z wyższych w UE (9 pozycja). Jednak mógłby być niższy, bo według szacunków Komisji instrumenty pomocowe w 2020 r. to 5,25 proc., czyli 60 proc. deficytu. Pozostała część deficytu wynika w dużym stopniu z realizacji obietnic wyborczych, które nie miały pokrycia w trwałych dochodach. Gdyby nie to przestrzeń na inne działania mogłaby być bardziej elastyczna. Pokazuje to deficyt strukturalny. Przed kryzysem w 2019 roku mieliśmy 6 najwyższy w UE deficyt strukturalny. W 2020 r. mamy drugi najwyższy deficyt strukturalny w całej UE. Po wygaszeniu programów pomocowych w kolejnych latach deficyt strukturalny spadnie, ale pozostanie powyżej celu. Czeka nas i tak konsolidacja deficytu strukturalnego na kwotę co najmniej 45 mld zł. KE prognozuje, że w 2021 r. dług finansów publicznych wyniesie 57,3 proc. PKB. To 10 najniższy wynik w UE. Taki wynik sytuuje nas poniżej średniej relacji w UE (77 proc.). Ale gdyby odjąć kraje PIGS (Portugalia, Włochy, Grecja, Hiszpania) to do średniej UE brakuje już tylko 9 pkt. proc. Trzeba mieć na uwadze, że 9 krajów ma niższy dług, a bez PIGS – 13 ma wyższy, przy czym w większości mowa o krajach ze strefy euro. Mimo umiarkowanego długu, średnie implikowane koszty jego obsługi będą wg prognozy KE jednymi z najwyższych w UE (pierwsza piątka). Będą nawet ponad dwukrotnie wyższe niż średnie koszty dla Grecji.

Prognoza KE pokazuje też zagrożenie, że koszty dla kraju spoza strefy euro mogą być nawet wyższe niż 4 proc. Dotyczy to Rumunii, której koszty w 2021 roku wyniosą 4,4 proc. Rumunia w ostatnich latach realizowała populistyczne programy socjalne i ignorowała ostrzeżenia KE w zakresie procedury nadmiernego odchylenia deficytu strukturalnego od celu (procedura SDP). Według Raportu Europejskiej Rady Fiskalnej za 2019 r. Polska była na “czerwonej liście” krajów w tym aspekcie. Jesteśmy w najgorszej trójce wraz z Rumunią i Węgrami. W kryzys weszliśmy z rozdętymi wydatkami i wysokim deficytem strukturalnym. Gdyby nie kryzys, bylibyśmy w procedurze SDP podobnie jak Rumunia.

kliknij, aby powiększyć

Należy mieć też na uwadze, że prognoza KE nie uwzględnia wprowadzonych w Polsce obostrzeń na początku listopada. Oznacza to, że spadek PKB w 2020 r. będzie jednak głębszy, a ożywanie – jak wskazuje prognoza NBP – w kolejnym roku może być słabsze. Spowoduje to zapewne pogorszenie sytuacji finansów publicznych. Rządowa prognoza deficytu na poziomie 12 proc. PKB w tym roku i 6 proc. w przyszłym staje się bardziej realna.

Głębsza analiza KE ukazuje poważne problemy strukturalne naszej gospodarki. Kryzys COVID-19 nie może przysłonić kryzysu demograficznego. Ogromny spadek podaży pracy „krzyczy” do decydentów, aby w trybie pilnym zajęli się polityką demograficzną na poważnie i w konsultacji z ekonomistami. Nie możemy czekać, aż kryzys covidowy się skończy.

Ponadto musimy ograniczyć po kryzysie deficyt strukturalny, który utrzymuje się pod ciężarem obietnic wyborczych bez pokrycia w trwałych dochodach. Do Grecji nam jeszcze daleko, ale procedura SDP jak w Rumunii już wisiała na włosku, a sytuacja finansów publicznych po kryzysie nie będzie lepsza. Ścieżka do Grecji wiedzie przez Rumunię.

Redakcja Author
Sorry! The Author has not filled his profile.
×
Redakcja Author
Sorry! The Author has not filled his profile.