Skip to content Skip to footer

Kopalnie. Nieopłacalny i najdroższy elektorat duopolu

Polskie górnictwo węgla kamiennego zatrudnia około 70 tysięcy osób, ale jego utrzymanie i restrukturyzacja pochłaniają co roku miliardy złotych ze środków publicznych. W 2025 roku sama Polska Grupa Górnicza otrzymała 5,2 mld zł pomocy, a szeroko rozumiane publiczne finansowanie sektora i jego wygaszania można liczyć na około 8,7 mld zł. Skala tych wydatków każe zadać pytanie, czy państwo finansuje jeszcze wyłącznie bezpieczeństwo energetyczne i społeczną transformację Śląska, czy także polityczny spokój wokół jednej z najlepiej zorganizowanych grup zawodowych w Polsce.

autor: Leszek Cieloch

Polskie górnictwo od lat znajduje się w sytuacji, w której coraz trudniej pogodzić rachunek ekonomiczny z decyzjami politycznymi. Wydobycie systematycznie spada, krajowa energetyka zużywa mniej węgla, a jednocześnie część największych spółek górniczych nie jest w stanie funkcjonować bez wielomiliardowego wsparcia państwa. To powoduje, że debata o górnictwie coraz mniej dotyczy samego pytania, czy Polska ma zasoby węgla, a coraz bardziej tego, ile jesteśmy gotowi zapłacić za utrzymywanie jego wydobycia w obecnym modelu.

Niewielka grupa o dużym znaczeniu

Według danych Agencji Rozwoju Przemysłu zatrudnienie w sektorze górnictwa węgla kamiennego wynosiło pod koniec 2025 roku około 70–72 tys. osób. To znacznie mniej niż jeszcze kilkanaście lat temu, ale wciąż wystarczająco dużo, aby sektor miał ogromne znaczenie społeczne w wielu śląskich miastach. Jednocześnie, gdy porównamy tę liczbę z całym polskim rynkiem pracy, okazuje się, że bezpośrednio zatrudnieni w górnictwie stanowią jedynie około 0,4 proc. wszystkich pracujących w kraju.

Ta stosunkowo niewielka grupa zawodowa ma jednak znaczenie polityczne zdecydowanie większe, niż wynikałoby to z samej liczby zatrudnionych. Wynika to przede wszystkim z koncentracji górnictwa w jednym regionie, silnej pozycji związków zawodowych oraz zdolności do prowadzenia protestów, które szybko stają się wydarzeniem ogólnopolskim. W przypadku wielu innych branż problemy ekonomiczne prowadzą do restrukturyzacji, redukcji zatrudnienia albo upadłości, natomiast w górnictwie kolejne rządy przez lata decydowały się raczej na finansowanie strat i stopniowe odsuwanie trudnych decyzji.

Polska Grupa Górnicza: skala strat

Najlepiej widać to na przykładzie Polskiej Grupy Górniczej. W 2025 roku spółka wydobyła około 14,9 mln ton węgla, a jej przychody wyniosły około 7,1 mld zł. Jednocześnie łączne wydatki operacyjne i inwestycyjne sięgnęły około 12,6 mld zł, a strata netto wyniosła około 5 mld zł. W tym samym czasie PGG otrzymała około 5,2 mld zł pomocy publicznej.

Jeżeli tę pomoc odniesiemy do wydobycia, otrzymujemy około 349 zł na każdą tonę węgla wydobytą przez PGG. Nie oznacza to oczywiście, że państwo dopłaca dokładnie taką kwotę do każdej sprzedanej tony, ponieważ system wsparcia jest bardziej skomplikowany i obejmuje również finansowanie redukcji zdolności produkcyjnych oraz innych kosztów. Mimo to takie przeliczenie dobrze pokazuje skalę różnicy pomiędzy ekonomiczną kondycją spółki a poziomem środków, które muszą zostać zaangażowane, aby mogła ona dalej funkcjonować.

8,7 miliarda złotych publicznego finansowania

Jeszcze szerszy obraz daje spojrzenie na całe publiczne finansowanie sektora. W 2025 roku na zadania związane z górnictwem wydano z budżetu około 3,27 mld zł. Oprócz tego Skarb Państwa wyemitował obligacje przeznaczone na dokapitalizowanie spółek węglowych o łącznej wartości około 5,4 mld zł, z czego około 4,38 mld zł przypadło na Polską Grupę Górniczą, a około 1,02 mld zł na Południowy Koncern Węglowy.

Jeżeli te kwoty zestawimy razem, otrzymujemy około 8,67 mld zł publicznego finansowania związanego z funkcjonowaniem i restrukturyzacją górnictwa w jednym roku. Trzeba przy tym wyraźnie zaznaczyć, że nie są to wyłącznie dopłaty do bieżącego wydobycia, ponieważ część tych pieniędzy finansuje likwidację kopalń, zabezpieczanie wyrobisk, koszty społeczne oraz inne zadania restrukturyzacyjne. Z punktu widzenia finansów publicznych pozostaje jednak faktem, że bez tych środków obecny model górnictwa nie byłby możliwy do utrzymania.

Jeżeli dla zobrazowania skali podzielimy 8,67 mld zł przez około 71,7 tys. bezpośrednio zatrudnionych w sektorze, otrzymamy około 121 tys. zł rocznie w przeliczeniu na jednego pracownika. Takiego wyniku nie należy przedstawiać jako dopłaty do pensji konkretnego górnika, ponieważ byłoby to nieprawdziwe. Pokazuje on jednak, jak duże środki publiczne są związane z utrzymywaniem i wygaszaniem branży, która pod względem liczby zatrudnionych stanowi niewielką część polskiego rynku pracy.

Dlaczego wydobycie jest coraz droższe?

Problem nie wynika przy tym z braku węgla. Polska posiada ogromne zasoby geologiczne, ale coraz większa ich część znajduje się w warunkach, które powodują, że wydobycie staje się bardzo drogie. Śląskie kopalnie są stare, wiele z nich prowadzi eksploatację na dużych głębokościach, a najłatwiej dostępne pokłady zostały wydobyte wcześniej. Im głębiej znajduje się ściana wydobywcza, tym większe są koszty transportu, wentylacji, odwadniania, chłodzenia oraz zabezpieczania wyrobisk przed metanem i tąpaniami.

Do tego dochodzą bardzo wysokie koszty stałe. Kopalni nie można po prostu wyłączyć na kilka miesięcy, kiedy spada popyt na węgiel. Szyby trzeba utrzymywać, wodę trzeba odpompowywać, wentylacja musi pracować, a infrastruktura podziemna wymaga stałego nadzoru. W rezultacie, kiedy wydobycie spada szybciej niż koszty, coraz większą część wydatków trzeba rozkładać na coraz mniejszą liczbę ton.

Właśnie dlatego ograniczanie produkcji może paradoksalnie pogarszać wynik ekonomiczny. Jeżeli kopalnia ma wysokie koszty stałe i wydobywa dwa miliony ton rocznie, koszt przypadający na jedną tonę będzie niższy niż w sytuacji, gdy przy podobnym poziomie kosztów wydobycie spadnie do miliona ton. W praktyce oznacza to, że wraz ze spadkiem popytu na węgiel może rosnąć potrzeba dalszego wsparcia publicznego.

Bogdanka pokazuje, że można inaczej

Nie wszystkie kopalnie są jednak w takiej samej sytuacji, co najlepiej pokazuje przykład Bogdanki. Lubelski Węgiel Bogdanka według wstępnych danych zakończył 2025 rok z zyskiem netto przekraczającym 260 mln zł przy produkcji około 7,6 mln ton węgla handlowego. To dowodzi, że samo wydobywanie węgla w Polsce nie musi być z definicji nierentowne.

Różnica polega przede wszystkim na warunkach geologicznych, wydajności i organizacji produkcji. Bogdanka posiada korzystniejsze warunki eksploatacji i od lat osiąga znacznie wyższą wydajność niż wiele śląskich kopalń. Dlatego właściwa diagnoza nie brzmi, że polski węgiel zawsze jest nieopłacalny, lecz że znaczna część obecnego modelu wydobycia na Górnym Śląsku stała się strukturalnie niekonkurencyjna.

Umowa społeczna i odkładanie decyzji

W tym miejscu pojawia się jednak problem, który wykracza poza ekonomię i dotyczy polityki. Kolejne rządy dobrze wiedzą, że część kopalń nie ma długoterminowej przyszłości, ale jednocześnie żaden z największych obozów politycznych nie chce otwartego konfliktu z górnikami. Prawo i Sprawiedliwość podpisało w 2021 roku umowę społeczną przewidującą stopniowe wygaszanie kopalń aż do 2049 roku, a po zmianie władzy nowy rząd nie zdecydował się na zerwanie tego modelu i szybkie przeprowadzenie rynkowej restrukturyzacji.

Polityczna wartość

To właśnie w tym miejscu pojawia się pytanie o polityczną wartość górnictwa. Nie ma podstaw, aby twierdzić, że dopłaty są wypłacane wyłącznie po to, aby kupować głosy wyborców, ponieważ państwo ma również obowiązki związane z bezpieczeństwem energetycznym, ochroną miejsc pracy i zapobieganiem gwałtownemu załamaniu gospodarczemu regionu. Trudno jednak całkowicie ignorować fakt, że górnicy są jedną z najlepiej zorganizowanych i najbardziej skutecznych politycznie grup zawodowych w Polsce.

Ich siła nie wynika jedynie z liczebności, ale przede wszystkim z koncentracji. Kilkadziesiąt tysięcy pracowników mieszkających głównie w jednym regionie, działających poprzez silne związki zawodowe i zdolnych do szybkiej mobilizacji stanowi znacznie większe wyzwanie polityczne niż nawet większa liczba pracowników rozproszonych po całym kraju.

Skoncentrowane korzyści, rozproszone koszty

Dla polityków rachunek jest więc dość prosty. Koszt dopłat do górnictwa zostaje rozłożony pomiędzy miliony podatników, z których większość nie zauważa bezpośrednio swojej części tego rachunku. Koszt gwałtownej restrukturyzacji zostałby natomiast skoncentrowany na określonych miastach, rodzinach i zakładach pracy, a jego polityczne skutki byłyby natychmiast widoczne.

Właśnie dlatego można mówić o klasycznym mechanizmie ekonomii politycznej, w którym korzyści są skoncentrowane, a koszty rozproszone. Górnicy mają bardzo silną motywację do walki o utrzymanie miejsc pracy i przywilejów, podczas gdy pojedynczy podatnik nie ma praktycznie żadnej motywacji, aby protestować przeciwko kilkudziesięciu czy kilkuset złotym, które pośrednio przypadają na niego w skali roku.

„Najdroższy elektorat duopolu”

W tym kontekście określenie „najdroższy elektorat duopolu” jest celowo prowokacyjne, ale odnosi się do rzeczywistego problemu. Zarówno PiS, jak i KO wiedzą, że frontalny konflikt z górnictwem może mieć wysoką cenę polityczną, szczególnie na Śląsku. Jednocześnie oba obozy mogą finansować kolejne lata transformacji z budżetu, ponieważ koszty tego rozwiązania są rozłożone na całe społeczeństwo.

Nie oznacza to oczywiście, że wszyscy górnicy głosują na dwie największe partie ani że istnieje prosty układ polegający na wymianie publicznych pieniędzy na głosy. Takie stwierdzenie byłoby zbyt daleko idące. Można jednak zasadnie postawić pytanie, czy gdyby 70 tys. pracowników nierentownej branży było rozproszonych po całej Polsce, nie posiadało silnych związków zawodowych i nie miało możliwości wywołania politycznego kryzysu, państwo równie długo finansowałoby ich działalność miliardami złotych rocznie.

Górnictwo jako wyjątek

To pytanie staje się jeszcze bardziej zasadne, gdy spojrzymy na inne sektory gospodarki. Państwo nie gwarantuje prywatnym restauracjom, sklepom, firmom transportowym czy zakładom przemysłowym wieloletniego finansowania strat tylko dlatego, że ich działalność ma znaczenie dla lokalnego rynku pracy. Kiedy przedsiębiorstwo traci konkurencyjność, zwykle musi ograniczyć koszty, zmienić model działalności albo zakończyć funkcjonowanie.

Górnictwo jest pod tym względem wyjątkiem, ponieważ łączy znaczenie energetyczne, społeczne i polityczne. Właśnie dlatego państwo może uzasadniać wieloletnie finansowanie sektora potrzebą uniknięcia szoku gospodarczego na Śląsku. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy transformacja zamiast prowadzić do budowy nowej gospodarki regionu sprowadza się przede wszystkim do finansowania kolejnych lat funkcjonowania zakładów, które i tak mają zostać zamknięte.

Transformacja czy kupowanie czasu?

W tej sytuacji warto zadać pytanie nie o to, czy transformacja powinna kosztować, ponieważ oczywiście będzie kosztowała, lecz o to, na co właściwie wydajemy pieniądze. Jeżeli miliardy przeznaczane są na nowe inwestycje, szkolenia, infrastrukturę i tworzenie miejsc pracy poza górnictwem, państwo kupuje przyszłość regionu. Jeżeli te same pieniądze służą przede wszystkim do pokrywania bieżących strat i odsuwania zamknięcia nierentownych kopalń, państwo kupuje jedynie czas.

Ten czas również może być potrzebny, ponieważ natychmiastowe zamknięcie kopalń byłoby nieodpowiedzialne. Polska energetyka nadal korzysta z węgla, a gwałtowne zwiększenie zależności od importu paliwa również rodziłoby ryzyka. Problemem jest jednak to, że przejściowy system wsparcia łatwo może zamienić się w trwały mechanizm, w którym każda kolejna ekipa rządząca pozostawia ostateczne decyzje następcom.

Rachunek za odkładanie decyzji

Rachunek za takie odkładanie decyzji już dziś jest bardzo wysoki. W 2025 roku szeroko rozumiane publiczne finansowanie sektora i jego restrukturyzacji można szacować na około 8,7 mld zł, co odpowiada około 24 mln zł dziennie i mniej więcej milionowi złotych na godzinę. Nie każda złotówka z tej kwoty trafia na bieżące wydobycie, ale każda jest związana z utrzymywaniem lub wygaszaniem systemu, który bez pomocy państwa nie funkcjonowałby w obecnym kształcie.

W 2026 roku sytuacja również się nie kończy, ponieważ w budżecie państwa ponownie zapisano miliardy złotych na restrukturyzację górnictwa. Sama PGG wskazywała zapotrzebowanie na dopłaty na poziomie około 5,6 mld zł, co pokazuje, że problem nie jest jednorazowym skutkiem słabego roku, lecz ma charakter strukturalny.

Najważniejsze pytanie o tempo transformacji

Dlatego najważniejsze pytanie nie brzmi dziś, czy Polska powinna natychmiast zamknąć kopalnie. Takie rozwiązanie byłoby gospodarczo i społecznie nieodpowiedzialne. Znacznie ważniejsze jest pytanie, czy tempo transformacji odpowiada realiom ekonomicznym, czy też jest dostosowane przede wszystkim do kalendarza wyborczego i politycznej obawy przed konfliktem z górnikami.

Jeżeli rząd wydaje miliardy, aby zapewnić bezpieczeństwo energetyczne i przygotować Śląsk do funkcjonowania bez kopalń, można traktować to jako koszt transformacji. Jeżeli jednak miliardy służą głównie temu, aby przesunąć trudne decyzje o kolejną kadencję, coraz trudniej mówić wyłącznie o polityce energetycznej. Wtedy zaczynamy mówić również o polityce wyborczej.

Górnictwo jako test państwa

I właśnie dlatego polskie kopalnie są dziś nie tylko problemem ekonomicznym, ale także jednym z najciekawszych przykładów tego, jak rachunek gospodarczy przegrywa z rachunkiem politycznym. Około 70 tys. pracowników może nie stanowić wielkiej części polskiego rynku pracy, ale ze względu na swoją organizację, koncentrację i znaczenie dla Śląska jest grupą, której kolejne rządy nie chcą przeciwko sobie.

Jeżeli więc zapytamy, kto jest jednym z najdroższych elektoratów polskiej polityki, odpowiedź wcale nie musi prowadzić do emerytów, rolników czy rodzin korzystających z programów socjalnych. W przeliczeniu na skalę publicznych pieniędzy zaangażowanych w utrzymanie jednego sektora bardzo mocnym kandydatem pozostaje górnictwo.

Nie dlatego, że górnicy są winni obecnej sytuacji, lecz dlatego, że przez lata politycy wszystkich największych obozów wybierali finansowanie starego systemu zamiast szybszego zmierzenia się z jego przyszłością. A za tę decyzję płaci dziś nie rząd, lecz podatnik.

Show CommentsClose Comments

Leave a comment