Skip to content Skip to footer

Anchorage 2025: Wojna, której nie opłaca się kończyć?

Spotkanie Donalda Trumpa i Władimira Putina w Anchorage na Alasce, zorganizowane 15 sierpnia 2025 roku w bazie Joint Base Elmendorf–Richardson, miało być zapowiadanym punktem zwrotnym w trwającej od ponad trzech lat wojnie w Ukrainie. W narracji amerykańskiej administracji miało ono pokazać przywództwo USA, umiejętność mediacji i wolę zakończenia konfliktu. Zamiast tego przyniosło spektakl polityczny, który – jak zgodnie komentowały światowe media – wzmocnił pozycję Putina, a Trumpowi dał rolę pośrednika, ale na warunkach, które de facto grają na czas Kremla.

Autor: Leszek Cieloch

Brawa, dywany i „Bestia”

Od pierwszych minut było jasne, że Anchorage stanie się wydarzeniem nie tyle dyplomatycznym, co widowiskowym. Putin został przyjęty na czerwonym dywanie, wsiadł wraz z Trumpem do prezydenckiej limuzyny „The Beast”, a chwilę później nad bazą przeleciał bombowiec B-2 Spirit eskortowany przez dwa myśliwce F-35. Amerykańskie media zgodnie podkreślały, że nawet jak na standardy protokolarne był to pokaz niezwykle teatralny. „To był spektakl siły, ale adresowany nie do Putina, lecz do amerykańskiej opinii publicznej” – ocenił The Washington Post.

Największe emocje wzbudziła jednak scena powitania, gdy Donald Trump bił brawo Putinowi. Gest ten stał się symbolem całego spotkania. „Każde klaśnięcie było policzkiem wymierzonym ofiarom wojny w Ukrainie, ich rodzinom i dzieciom, które zostały uprowadzone do Rosji” – pisała La Repubblica. The Guardian nazwał te brawa „hańbiącą manifestacją”, przypominając, że Międzynarodowy Trybunał Karny wydał na Putina nakaz aresztowania właśnie za bezprawną deportację dzieci. Agencja Reuters przywołała dane ukraińskich władz, mówiące o co najmniej 19 tysiącach małoletnich ofiar tych uprowadzeń.

Putin: z izolacji do triumfu

Jeszcze kilka miesięcy wcześniej wydawało się, że rosyjski przywódca nie ma szans na wizytę w USA, dopóki ciąży na nim nakaz aresztowania wydany przez MTK. Anchorage to zmieniło. „Sam fakt, że Putin stanął obok amerykańskiego prezydenta na amerykańskiej ziemi, jest jego osobistym zwycięstwem” – pisał The New York Times.

Największym sukcesem Kremla była jednak zmiana ram rozmów. Trump, który wcześniej zapowiadał „natychmiastowe zawieszenie broni”, przeszedł na stanowisko „szerszego porozumienia pokojowego”. W praktyce oznacza to przesunięcie akcentu z zatrzymania działań wojennych na negocjacje polityczne, w których mają zostać uwzględnione „uzasadnione obawy Rosji”. „To dokładnie to, czego chciał Putin – odejście od rozmów o rozejmie na rzecz rozmów o kształcie przyszłej Ukrainy” – komentowała Frankfurter Allgemeine Zeitung.

Sam Putin podkreślał po spotkaniu, że z Trumpem „ustanowił bardzo dobry, biznesowy i ufny kontakt” i że „im szybciej, tym lepiej, można doprowadzić do końca konflikt w Ukrainie”. Dla Kremla oznacza to jedno: dalsze forsowanie swoich żądań – uznania kontroli nad Donbasem i Ługańskiem oraz zablokowania perspektyw członkostwa Ukrainy w NATO.

Trump: zakładnik własnych gestów?

Donald Trump próbował kreować się na pośrednika, który prowadzi do pokoju. „Nie ma umowy, dopóki nie ma umowy” – powtarzał. Jednak światowe media były sceptyczne. CNN zauważyło, że „ta pozorna elastyczność to w istocie ustępstwo wobec Putina, bo oznacza rezygnację z rozejmu jako warunku wstępnego”.

Trump wielokrotnie podkreślał, że ma z Putinem „fantastyczne relacje” i że „słowa rosyjskiego przywódcy były głębokie”. Rosyjskie media państwowe wykorzystały te cytaty, przedstawiając je jako dowód uznania dla Putina przez samego prezydenta USA. „To była propaganda, która napisała się sama” – mówił w komentarzu dla BBC ekspert ds. Rosji Mark Galeotti.

Dla Trumpa potencjalnym zyskiem jest wizerunek „pośrednika pokoju” oraz możliwość zaprezentowania się przed własnym elektoratem jako polityka, który stara się zakończyć wojnę bez eskalacji sankcji, co ma znaczenie w kontekście cen energii i inflacji w USA. „Brak nowych sankcji to ukłon w stronę amerykańskich kierowców, ale i prezent dla Putina” – analizował Financial Times.

Gra na czas

Dlaczego wojna, mimo deklaracji, wciąż się przedłuża? Odpowiedź jest brutalna. Putinowi opłaca się przeciągać konflikt. Każdy miesiąc to czas na rotacje wojsk, produkcję zbrojeniową i testowanie odporności Zachodu. „Kreml wygrał w Anchorage przede wszystkim czas” – napisał Der Spiegel.

Trump, choć deklaruje wolę zakończenia wojny, również korzysta z samego procesu. Groźby wprowadzenia 100-procentowych ceł wobec państw handlujących z Rosją (w tym Indii i Chin) dają mu narzędzie nacisku w globalnej rozgrywce. „Trump używa Ukrainy jako karty przetargowej wobec Europy i Pekinu” – stwierdził Le Monde.

Chiny w tle Anchorage

Spotkanie na Alasce miało także wyraźny wymiar globalny. Trump wielokrotnie wskazywał na Chiny jako na głównego rywala Stanów Zjednoczonych. Jego zapowiedzi ceł uderzających w kraje wspierające rosyjską gospodarkę były czytelnym sygnałem, że wojna w Ukrainie jest w jego narracji elementem szerszej rywalizacji USA–Chiny. „Trump boi się Chin, ale jednocześnie potrzebuje Rosji jako karty w tej rozgrywce” – pisał The Economist.

Putin wykorzystuje ten fakt doskonale, wiedząc, że im mocniej Waszyngton skoncentruje się na konfrontacji z Pekinem, tym mniej determinacji zostanie na bezwarunkowe wspieranie Kijowa.

Alaska znowu rosyjska?

Rezultat spotkania jest jasny. Nie ma rozejmu, nie ma gwarancji bezpieczeństwa, nie ma mapy drogowej dla pokoju. Ukraina, która odrzuca wszelkie rozwiązania oparte na ustępstwach terytorialnych, pozostaje poza stołem. Kijów zapowiada, że nie zaakceptuje porozumienia, które sankcjonowałoby rosyjskie zdobycze.

Najmocniejszym symbolem Anchorage pozostają jednak brawa Trumpa dla Putina. „To nie były oklaski dla pokoju. To były oklaski dla agresora” – podsumowała La Repubblica. Dla rodzin ofiar, dla setek tysięcy uchodźców i dla dzieci, które zostały wywiezione do Rosji, każde klaśnięcie amerykańskiego prezydenta zabrzmiało jak bolesny policzek.

5 scenariuszy

Deal terytorialny – „pokój za ziemię” – W tym wariancie rozmowy amerykańsko-rosyjskie prowadzą do formalnego traktatu, w którym Ukraina zostaje zmuszona do oddania Donbasu, Ługańska i prawdopodobnie Krymu w zamian za gwarancje bezpieczeństwa oraz obietnicę odbudowy i integracji z Zachodem.
Dla Putina byłby to strategiczny triumf: zrealizowałby cel wojny, czyli trwałe podporządkowanie części Ukrainy. Trump mógłby ogłosić się „człowiekiem, który zakończył wojnę w Europie”, co miałoby ogromny efekt wizerunkowy w USA.
Konsekwencje byłyby jednak dramatyczne. Ukraina zostałaby osłabiona, a świat otrzymałby sygnał, że agresja i okupacja popłacają. Europa musiałaby żyć ze świadomością, że na jej wschodniej granicy wciąż stoi agresywny i wzmocniony Kreml. Ten scenariusz wielu analityków nazywa „pokojem kapitulacyjnym”.

Rozejm taktyczny – „pauza dla obu stron” – Inną możliwością jest zawieszenie broni bez rozstrzygania kwestii terytorialnych. Front zatrzymałby się tam, gdzie stoi obecnie, przy czym żadna ze stron nie uznałaby tego za ostateczną granicę.
Dla Putina byłby to czas na odbudowę armii i produkcję zbrojeniową. Dla Ukrainy – chwila oddechu i szansa na dalsze zbrojenia z Zachodu. Trump mógłby przedstawić to jako sukces dyplomatyczny, choć w istocie byłoby to tylko „zamrożenie” wojny.
Problem polega na tym, że taki rozejm oznaczałby wielkie ryzyko. Ukraina obawiałaby się powtórki z Mińska – rozejmów z lat 2014–2015, które Rosja wykorzystała do przygotowania pełnoskalowej inwazji. Zachód mógłby stopniowo tracić zainteresowanie, a konflikt prędzej czy później odżyłby na nowo.

Zamrożenie konfliktu – „nowa linia frontu na lata” – Scenariusz trzeci jest najbardziej prawdopodobny w obecnych warunkach. Oznaczałby, że wojna przechodzi w fazę „zamrożoną”: brak traktatu, brak formalnego rozejmu, ale także brak decydujących ofensyw. Front staje się linią quasi-granicy, a ostrzały, ataki dronowe i incydenty trwają w nieskończoność.
Takie rozwiązanie już widzieliśmy – w Naddniestrzu, Abchazji, Osetii Południowej. Putin doskonale zna tę taktykę: konflikt zamrożony, ale Ukraina trwale okaleczona i bez pełnej integracji z NATO. Dla Trumpa taki scenariusz ma jedną zaletę – brak gwałtownej eskalacji. Może przedstawić go jako „stabilizację”, nawet jeśli nie oznacza pokoju.
Dla Ukraińców byłby to jednak scenariusz koszmaru – brak szans na odzyskanie okupowanych ziem, permanentna groźba ataku i stałe osłabienie państwa.

Eskalacja gospodarcza – „wojna na cła i sankcje” – Trump w Anchorage wielokrotnie wspominał o możliwości wprowadzenia 100-procentowych ceł na państwa, które wspierają Rosję handlem, przede wszystkim na Chiny i Indie. Jeśli ten plan zostanie wprowadzony, konflikt może przenieść się na poziom globalnej wojny handlowej.
W tym wariancie Putin wciąż utrzymuje front, ale USA wciągają do sporu kolejne potęgi gospodarcze. Pekin odpowiada kontrsankcjami, a światowa gospodarka pogrąża się w kryzysie. Dla Trumpa to narzędzie nacisku i próba zmuszenia Chin do ograniczenia wsparcia dla Kremla. Dla Putina – szansa na jeszcze większe związanie się z Azją i przedstawienie siebie jako lidera „antyzachodniego frontu”.
To scenariusz bardzo ryzykowny, bo przenosi konflikt z poziomu regionalnego na globalny i może doprowadzić do recesji w wielu krajach.

Dalsza wojna wyniszczająca – „krwawy impas” – Najbardziej pesymistyczny scenariusz to kontynuacja wojny w obecnym kształcie: bez traktatu, bez rozejmu, bez kompromisu. Ukraina walczy, Rosja atakuje, Zachód wspiera, a front zmienia się tylko punktowo.
„Anchorage pokazało, że obu liderom – zarówno Putinowi, jak i Trumpowi – wojna w obecnym kształcie nie przeszkadza” – pisał The Guardian. Putin zyskuje czas i legitymizację, Trump – dźwignię negocjacyjną wobec sojuszników i przeciwników. Jedynym realnym przegranym w tym układzie jest Ukraina.
To scenariusz oznaczający dalsze ofiary, dalsze zniszczenia i narastającą frustrację. W praktyce mógłby trwać latami, aż jedna ze stron nie osiągnie wyczerpania – militarnego, gospodarczego lub politycznego.

Wojna to pokój. Wolność to niewola.

Anchorage nie zakończyło wojny, ale stworzyło nowe ramy. Putin zyskał czas, legitymizację i przesunięcie rozmów na swoje warunki. Trump zdobył możliwość prezentowania się jako „architekt pokoju”, choć w praktyce jego działania grają na przedłużenie konfliktu. Ukraina została zepchnięta na boczny tor i musi walczyć o utrzymanie miejsca przy stole.

Najbardziej realnym scenariuszem na najbliższe miesiące wydaje się zamrożenie konfliktu – brak przełomu militarnego, ale też brak politycznego rozwiązania. To pozwala obu liderom utrzymywać narrację o „trwających rozmowach”, a jednocześnie nie zmusza ich do trudnych decyzji.

Nie można jednak wykluczyć eskalacji gospodarczej, jeśli Trump zechce użyć ceł jako broni wobec Chin i Indii. „To byłaby wojna globalna, ale nie z czołgami, tylko z taryfami” – ostrzega Financial Times.

Najmniej prawdopodobny, ale wciąż możliwy jest „deal terytorialny”, który zakończyłby konflikt na rosyjskich warunkach. Wówczas Putin zostałby największym zwycięzcą całego procesu, a Trump mógłby obwieścić „pokój w Europie”. Cena dla Ukrainy i dla wiarygodności Zachodu byłaby jednak katastrofalna.

Anchorage więc nie tyle przybliżyło nas do pokoju, ile pokazało, jak skomplikowana i wielowarstwowa stała się ta wojna. To konflikt, w którym każda decyzja ma globalne konsekwencje – od Doniecka po Pekin, od Anchorage po Warszawę. Najważniejsze pytanie brzmi nie „czy”, ale „kiedy” i „jak” ten konflikt się zakończy. A odpowiedź, patrząc na brawa Trumpa dla Putina i milczenie o ofiarach wojny, wciąż pozostaje bolesna i niepokojąca.

Show CommentsClose Comments

Leave a comment