Hyundai Tucson 2.0 CRDi 6AT AWD: W teren… miejski

Obok kompaktowego Hyundaia i30, Tucson stał się dla gigantycznego, Koreańskiego czebolu przepustką do kręgu producentów aut godnych zaufania. Od 2004 roku, Kiedy samochód pojawił się na rynku, sprzedał się w znacznie ponad milionie egzemplarzy. Z sobie tylko znanych przyczyn, w 2010 roku koncern przemianował Tucsona na ix35. Pomysł na odhumanizowane literki i cyferki, zamiast nazwy jednego z amerykańskich miast był średni. Choć auto, co najmniej niezłe. Na szczęście po latach, nazwa powróciła.

Każdy szanujący się producent aut musi mieć w ofercie SUV-a. Ba, często to właśnie te auta są lokomotywą sprzedaży. Już pierwsza generacja koreańskiego SUV-a pojazdu zbierała niezłe recenzje. Następca, wyprzedzał w rankingach sprzedaży (i niezawodności!) większość europejskich i azjatyckich konkurentów. Wreszcie przyszedł czas na III generację. I już na pierwszy rzut oka widać, że samochód wyraźnie zmężniał. Do tego zdecydowanie wyładniał. Teraz, to w zasadzie pomniejszona kopia Santa Fe. Z tym, że to są dobre konotacje. Hyundai Tucson sprawia wrażenie bardzo solidnego i mocnego. Innymi słowy, wygląda tak, jak od SUV-a oczekujemy. Potężny grill, wysoko umieszczone LED-owe reflektory. Przedni zderzak, który pięknie komponuje się całością. Patrząc na sylwetkę i jej zarys na myśl przychodzi od razu KIA Sportage. Tu pozwolę sobie na małą dygresje. Tucson i Sportage to w zasadzie techniczne bliźniaki. Z tym, że to Tucson to ten ładniejszy i… mądrzejszy.

To, że centrum stylistyczne Hyundaia mieści się w Russelsheim, najlepiej widać we wnętrzu auta. Kokpit, rozmieszczenie zegarów i przełączników, jakość wykonania czy wreszcie materiały, z których owo wnętrze poskładano są na co najmniej wysokim poziomie. Szczególnie ciekawie prezentuje się panel środkowy z dużym wyświetlaczem. Wnętrze Tucsona nie jest kopią żadnego europejskiego auta, ale wygląda tak, jak Europejczycy oczekują. Nic nie można też zarzucić doborowi kolorów. Często w przypadku kokpitów dwubarwnych, skrajne odcienie po prostu się… „gryzą”. W Tucsonie – uzupełniają. I przyznaję z pewnym zaskoczeniem, całokształt prezentuje się lepiej, niż to do czego większość producentów aut tego segmentu nas przyzwyczaiła.

Także pojemność Tucsona nie budzi zastrzeżeń. W przestronnej kabinie może podróżować bardzo wygodnie 4 albo względnie wygodnie 5 pasażerów. Względnie wygodne, albowiem miejsce środkowe na tylnej kanapie jest wprawdzie szerokie, jednakże przestrzeń na nogi ogranicza wysoki i szeroki tunel wału napędowego. Wnętrze obfituje w schowki i schoweczki, które bardzo przydają się w dalszej podróży. Pod względem ergonomii auto zasługuje na słowa uznania.

Komfort podróżowania to także powierzchnia bagażowa. I tu Tucson plasuje się w światowej czołówce. Zadowalające 515 litrów do linii okien lub 1503 litrów w konfiguracji 2-osobowej to wyniki zbliżone do rekordowych rezultatów w klasie kompaktowych SUV-ów. Cieszą także: szeroki otwór załadunkowy i stosunkowo nisko poprowadzony próg załadunku.

Pod maskę Hyundai proponuje dwa 1,6-litrowe silniki benzynowe oraz dwa diesle CRDi o pojemnościach 1,7 i 2 litry w kilku wariantach mocy. W testowym egzemplarzu dziarsko pracował dwulitrowy motor wysokoprężny z wtryskiem common rail. Firma wprowadziła tę konstrukcję na rynek w 2015 roku. Pierwsze za co warto ją pochwalić to spora elastyczność. Moc maksymalną, czyli 185 KM jednostka osiąga przy 4000 obrotów, a maksymalny moment (wynoszący 400 Nm.) – w zakresie od 1750 do 2750 obrotów. Napęd na obie osie przenosi skrzynia automatyczna, znana ze wspominanego już kilkakrotnie Santa Fe. Jej działanie jest bliskie perfekcji. Z mocna jednostką napędową pojazd osiąga 201 km/h, a od 0 do 100 km/h przyspiesza w 9,5 sekundy. Spalanie plasuje samochód wśród niezwykle oszczędnych. W teście, konsumowało średnio około 7,2 litra. W mieście 8,7 litra. W trasie – 6,2 litra. To rezultaty nieznacznie wyższe od deklarowanych przez producenta (6,6/8,0/5,6).

Ponieważ do testów otrzymaliśmy model topowy w wersji Premium (dostępne są jeszcze Classic, Comfort i Style) w zasadzie o wyposażeniu wspominać nie trzeba. Auto ma bowiem wszystko, co w dziedzinie dopieszczenia i zabezpieczenia kierowcy koreańska marka oferuje.

Tucson to idealne auto rodzinne na dalsze wyprawy. Jest (co niekoniecznie zdarza się SUV-om) zdecydowanie komfortowe. Prowadzi się lepiej niż nieźle. Nawet przy wyższych prędkościach w zakrętach. Co też nie jest oczywistą oczywistością w przypadku wysokich aut sportowo-użytkowych. Bezpieczeństwo jazdy znacząco podnosi napęd na obie osie. System uruchamia się za pomocą przycisku ulokowanego przy lewarku zmiany biegów. Używając go, można zablokować napęd 4×4 (standardowo, napędzane są koła przedniej osi, a tył dołącza się automatycznie w przypadkach utraty przyczepności), ewentualnie skorzystać z asystenta zjazdu ze wzniesienia. W praktyce system sprawdzą się na śliskiej nawierzchni, pewnie również w kopnym śniegu.

Tucson jest SUV-em, ale do jazdy terenowej nie zachęca. Wprawdzie ma prawie 19-procentowy kąt rampowy, 17,2-procentowy kąt natarcia i 26-procentowy kąt zejścia, ale przez niezbyt terenowo ukształtowany przedni zderzak, podjedzie tylko i wyłącznie pod wysoki krawężnik. O szturmowaniu podjazdów nie ma mowy. Irytująca potraf być też kontrola trakcji. Jest zdecydowanie zbyt czuła na luźnych nawierzchniach. Jej reakcja bywa nerwowa a system szybko zatrzymuje samochód. Przy okazji, jej wyłączenie niewiele zmienia, bo bez kontroli trakcji napęd 4WD praktycznie nie istnieje. Dlatego podpowiadam: Tucson to SUV w teren… miejski.

Ceny tego modelu zaczynają się do około 75 tysięcy złotych (aktualna promocja – rocznik 2016). Tyle kosztuje auto z benzynowym silnikiem 1.6 (132 KM), napędem 2WD oraz skromnym wyposażeniem (Classic). Topowa odmiana Premium z AWD oraz 185-konnym dieslem to wydatek minimum 164 tys. złotych.

Jak sfinansować zakup? Opcji jest kilka. W kredycie Hyundai Non-Stop Auto koszt wpłaty własnej klient ponosi tylko raz – na początku programu. Nową umowę może zawierać po 3-4 latach. Przy wymianie auta na nowe koszt wpłaty własnej finansowany jest sprzedażą poprzedniego samochodu. Po zakończeniu okresu kredytowania klient nie musi przesiadać się do nowego auta. Może spłacić pozostałą część kredytu i zatrzymać swój pierwszy samochód. Z kolei Hyundai abonament to wariacja na temat wynajmu długoterminowego. Klient płaci przez 12 miesięcy stałą opłatę, 13 miesiąc ma gratis, a po tym okresie może wymienić auto na nowe. Dla firm Hyundai przygotował leasing finansowy (od 12 do 60 miesięcy) i operacyjny (od 24 do 60 miesięcy). W obu przypadkach wpłata początkowa może wynosić od 0%, a wiek pojazdu plus okres leasingu nie mogą przekroczyć 11 lat.

Pod koniec lat 90., auta Hyundaia bywały obiektem mało wyszukanych (delikatnie rzecz ujmując), żartów. Bo choć mechanicznie nie odstawały od średniej, ich stylistyka była hmmmm… dalekowschodnia. Koreańczycy uważnie jednak słuchali głosów płynących z rynku. Centrum stylistyczne z Korei przenieśli do Niemiec. Efekt? Zarówno w sprzedaży detalicznej, jak i flotowej mocno depczą po piętach liderom. Japończycy potrzebowali około 30 lat, aby ich samochody „przyjęły” się na amerykańskim a potem europejskim rynku. Koreańczykom, zajęło to około 10 lat! Czy warto zatem wybrać Tucsona? Zdecydowanie tak. Za rozsądne pieniądze (choć na pewno nie okazyjne, bo od takich jest KIA) otrzymujemy samochód dopracowany, przestronny, bardzo funkcjonalny i wygodny. A o to wszak chodzi.

autor: Artur Balwisz